Zebrało się materiału na kilka notek i, jak zwykle, poodkładałem je na tyle że już nie wszystko pamiętam.
Dobra, nie ma wymówek: jedziemy.
Przede wszystkim wróciło stare. Kiedy tylko zafascynowałem się django i gdzieś wewnątrz trafiło do mnie że może to być rozwiązanie w kwestii pracy, zaczęły się kłopoty ze snem. I medytacją. I Django. I czasem wolnym. I ze złością.
Nerwica wróciła z taką siłą, że zwątpiłem w cały mój pobyt tutaj. Sytuację rozjaśniła herbatka z melisy (organicznej, przydomowej ;), ale teraz wiem że samo z siebie Into the wild nic mi tutaj nie pomoże — nie kiedy nerwica opiera się na kwestiach przetrwania. Dziś też dosadnie zobaczyłem swój wzorzec "trzeba harować". OK, może i teraz nie ma za dużo pracy: przez 4 z 6 dni po 4 godziny, plus może z jedną codziennie na pierdółki w stylu pieca, ale czuję się tym już zmęczony a muszę to robić.
Bla bla bla...
Kwestia druga to że mój pobyt tutaj ma już ściśle wyznaczony koniec: wróci D, zobaczę się z nim i znikam. Pięć osób w domu to dla mnie trochę dużo, zwłaszcza jeśli jedna z nich musi codziennie niańczyć dzieciaka z kategorii superniania, sama tej kategorii nie będąc.
Nie tylko tłum mnie odstrasza, czuję że już chyba nic nie jestem w stanie nauczyć się od tego miejsca. Inspiracyjnie żyję między przyjazdami S a wyjazdami do innych inspirujących duszek. Trzy miesiące z człowiekiem tak, hmmmm, odprasowanym jak P odcisnęły na mnie swoje piętno. Nic dziwnego że z otwartymi ramionami przywołałem psychodelę jaką było "Tideland" Gilliama!
A dokąd pójdę? Nie wiem.
A co, wszystko muszę wiedzieć? :)