Ledwie dwa dni po moim otwarciu otrzymałem prezent, ale wstrzymałem się z opisaniem aż się nie zrealizuje. Zatem oto on:
Wszystko wyglądało jakoś inaczej.
Na przykład TARDIS: nie był niebieski, tylko srebrny. W dodatku zatracił gdzieś swoje kanciaste kształty i upodobnił się do Audi A4. Dało się to wytłumaczyć: pewnie Doktor wreszcie naprawił chameleon circuit i TARDIS wtopił się w otoczenie.
Sam Doktor był też dziwny: czterdziestoletni na oko Hindus, podobnie jak asystentka. Cóż, najwyraźniej BBC wzięło sobie do serca uwagi fanów na temat koloru jego skóry.
Za to jedna rzecz się nie zmieniła: wejście do TARDISa oznacza przygodę!
Początek przygody był mało ciekawy: z jakichś przyczyn poruszaliśmy się linearnie w przestrzeni i w czasie, więc trzeba było dostać się do polskiej granicy. Pomagałem Doktorowi czytając mapę (która wyglądała jak zwyczajny atlas samochodowy, nie ma to jak psychic paper!). Drugą częścią przygody byłoby objechanie Berlina po całkowicie wipeoutowej trasie (włącznie z mostami, tunalami, przyśpieszeniami, futurystycznymi bandami i gigantycznymi kominami), gdyby Doktor nie udawał że bardzo potrzebował mojej pomocy.
Ach, i w międzyczasie zatrzymaliśmy się przy wiatrakach :)
Po tym droga była już prosta, skrócona nieco Ladytronem. Tomorrow: pomyśleć że słuchałem tego kawałka kiedy opuszczałem Wrocław z duszą na ramieniu, mając nadzieję że wrócę do niego najpóźniej za dwa miesiące. Teraz opuszczałem Polskę, będęc jedynie pewny jedynie że dotrę za kilka godzin.
Jako że TARDIS nie miał możliwości teleportacji, po niedługiej jeździe (i przydługim oczekiwaniu) wysiadłem z niego wśród stali i hałasu (pod każdym względem pozytywnie industrialnych). Niestety nie była to Galactica a jedynie Prinz Joachim, zwykły i drobny prom o wyporności 16 000 ton ;)
Od momentu kiedy podłoga zaczęła drżeć usiedziałem w miejscu może 10 minut, na przemian zamarzając na zewnątrz i zwiedzając wszystkie zakamarki wewnątrz. Wziąłem kilka ulotek (wtedy jeszcze język zdawał mi się tak obcy!), zwiedziłem pokładowy sklep wolnocłowy (był na wyobrażone pieniądze, których zresztą nie miałem), toaletę (a co!), burtę, rufę, drugą burtę, drugi pokład, trzeci pokład, drugi pokład, burtę, rufę, drugą burtę i gdy sopel z nosa zaczął kłuć mnie w brzuch wróciłem do Doktora i towarzyszki, którzy już powoli zbierali się do zejścia na pokład A2.
Gdzie drzwi rozsunęły się do połowy, rozległ się huk, drzwi otwarły się całkiem i ruszyliśmy na nowe, nieznane wybrzerze, kierując się na pierwszym rondzie w stronę wskazywaną przez znak:
København