— Będziesz miał okazję poznać DR. Wiesz co w sanskrycie oznacza R?
Pokręciłem głową.
— Twardy.
— Twardy? — Zaśmiałem się. — Twardszy niż D czy ty?
— Nie, twardy w tym sensie że wytrwały. Dużo będziesz mógł się przy nim nauczyć.
Ta jasne. Byłem tu ledwie niecałe dwa dni — z czego jeden niezaspany — i już chcą mnie wywieźć gdzieś do dupy na farmę. Cóż, niech będzie, przecież to tylko kilka dni. Mam nadzieję że mają przynajmniej krowy...
Kilka godzin później jechałem samochodem z A, rozkrzyczanym Brazylijczykiem, P, norweskoszwedzkim Norwegoszwedem i samym DR — chudym, niemieckim Leszkiem Ż :D
— And nov ve do collection! — DR posługiwał się wprawnie angielskim, ale nietrudno było domyślić się skąd pochodzi.
I tak oto pierwsze czego nauczyłem się przy DR to... grzebanie w śmieciach w poszukiwaniu jedzenia ;)
Kilka słów wyjaśnienia: w Danii przepisy są o wiele bardziej rygorystyczne niż u nas. Banan ma ciemną plamkę? Nie idzie na wyprzedaż, a do kubła. Dumpster diving okazuje się naprawdę dobrym źródłem produktów żywnościowych, zwłaszcza że jak się miałem wkrótce dowiedzieć, stanowi ono 95% produktów spożywanych tam ;)
Najsławniejsze odkrycie DR: Nutella 700 gram, sztuk 45. Bo zostało tylko 3 miesiące do końca terminu ważności...
(Swoją drogą nauczyłem się też że to nie są terminy a raczej sugestie ;)
Na "farmę" wróciliśmy z, m.in., ok. 20 kg pomarańczy, 15 kg bananów i 7 litrami mleka kakaowego.
Jak się okazało, "farma" w pełni zasłużyła na swój cudzysłów. Parę hektarów pszenicy i tyle. Nie powiem żebym żałował :)
DR jest typem szalonej złotej rączki. Były technik dentystyczny, aktualny samouk czego tylko się da. Innouk również: już pierwszego dnia nauczył mnie jak rozkręcać rury ("Jako że nie jestem zbyt silny fizycznie, muszę użyć mózgu", powiedział nakładając metrową rurkę na rączkę francuza i z łatwością odkręcając kolanko dzięki zasadzie dźwigni), drugiego dnia jak lutować (no dobra, to zrobiłem sam, ale za inspiracją ;). Trzeciego dnia znalazł na mnie haka ("Lekkie czasy się dla ciebie skończyły! Teraz przeżyj spokojnie swój atak serca a potem pokażę ci co mam.") w postaci stacji lutowniczej (koniec, teraz muszę się uczyć ;). Czwartego dnia nauczyłem się obsługi piły tarczowej (haaa!).
Godna uwagi jest tu krótka lekcja kreatywności, której piła ta mi udzieliła. Treścią lekcji było "GDZIE INDZIEJ". Po wykładzie poszedłem się napić, lekko drżący, z szeroko otwartymi oczyma i bardzo wyraźnym pulsowaniem 2mm pod prawą rzęsą, w miejscu kontaktu z naddźwiękową drzazgą.
Wczoraj nauczyłem się korzystać z maszyny do rozszczepiania drewna. (DR ma MASZYNĘ DO ROSZCZEPIANIA DREWNA, wyobrażacie to sobie?! Ja mało, bo w poprzedniej farmie D uznawał rąbanie drewna za dobre ćwiczenie, a P prędzej by dostał przepukliny niż pozwolił żeby jakiś kawałek drewna był silniejszy od niego :P)
Początek niekoniecznie był zachęcający:
— Och, chyba powinienem był ci powiedzieć że czasem ma tendencję żeby tak robić... — Tęczowe kolibry zerwały się do lotu z ociekających złocistym nektarem kryształowych kwiatów. Tak, przyjechał kilka dni po mnie.
Och, tak, to byłoby bardzo cenne, pomyślałem między mentalnym wyklinaniem, zwłaszcza gdyby była możliwość, na przykład, abyś powiedział to zanim wystrzeliłeś trzykilowy klocek drewna w moją stopę? Znaczy, to tylko sugestia, ale rób jak mówi ci serce!
Podsumowując: życie na technicznej "farmie" jest ciekawe, zdarzają mi się nawet dni bez obrażeń ;)
W następnej notce: mniej techniki a więcej życia, czyli dlaczego mój zachwyt wcale nie przemija :)