Carry on my wayward son
There'll be peace when you are done
Wczoraj zrozumiałem czemu tak bardzo lubiłem — i jeszcze czasem lubię — chodzić do B. Wszystko sprowadza się do spokoju. Mimo innych niefajności to jedyne miejsce gdzie nerwica mnie nie dogania.
Zobaczyłem że ostatnie kilka lat cały czas uciekałem. Czasem nawet całkiem skutecznie: jakikolwiek mój rozwój dokonywał się gdzieś tam, poza mną.
Ostatnie warsztaty ruszyły mocno temat tych ucieczek. (Na tyle że jedno zrozumienie wydało się takim kiepskim
retconem. Ale w życiu stawiam korzystną fabułę ponad dobrze napisaną, więc wszystko jest w porządku ;) Potem podgryzałem go dalej — trudne, bo strasznie wszystko było ze sobą połączone.
To wszystko wystarczyło jednak aby dziś po raz pierwszy wrócić do siebie. Widok taki sobie: kilkuletnia ruina bez okien i drzwi. Od jakiegoś czasu nosiłem się z renowacją, kiedy tylko jakoś znajdą się odpowiednie środki żeby to wszystko dało się zrobić za jednym zamachem, bo absolutnie nie chciałem tu spędzać czasu w takim stanie. I jakoś się nie znajdowały, i jakoś zawsze nomadowałem gdzie indziej. Z dala od tego czarnego piekła emocji, burzy lęku i ruin dawnej otwartości.
Tym razem było inaczej: zamiast szyb wstawiłem grubą folię, aby przestało wiać. Postawiłem piecyk, napaliłem, odgarnąłem nogą z podłogi nieco gruzu i ułożyłem się tam z karimatą.
Nie wieje, nie jest już zimno. W zasadzie nie ma nic więcej, ale to już i tak dużo.
Lay your weary head to rest
Don't you cry no more
muzyka: Kansas