Opuściła mnie fikcyjna postać, którą znałem od prawie roku.
Wchodziłem na górkę za domem w drodze na spacer, gdy postanowiłem się z nią skontaktować. Ostatnio spotkaliśmy się dwa dni temu, gdy czułem się źle -- służyła pomocą jak zawsze, choć całe otoczenie pokazywało że zatrzymałem się w miejscu. Ciekawe co powie teraz, gdy odkryłem to wewnętrzne "poczucie Boskiej obfitości" i wybrałem kierowanie się nim?
Ze wzrokiem skierowanym w ścieżkę, nie licząc na zbyt wiele, otwarłem się na kontakt.
— Brawo, udało ci się! — Powitała mnie z entuzjazmem. I zanim zdołałem cokolwiek powiedzieć: — To znaczy że nauczyłeś się już ode mnie wszystkiego, nie mogę dalej cię prowadzić.
— Jak to? Ale przecież... — Zaskoczenie przemieszane ze strachem odebrało mi spójność wypowiedzi. — Nie możesz! Mamy jeszcze tak dużo do odkrycia, tyle możesz mi pokazać..! Do tylu miejsc możesz mnie doprowadzić!
— Jesteś tam gdzie miałeś być doprowadzony. Spójrz, twoje [........... ......] jest bezpośrednio przed tobą, na horyzoncie.
Przyjrzałem się: miała rację, w dodatku znacznie urosło od czasu gdy ostatnio patrzyłem.
— A teraz pora na mnie — w jej głosie nie było smutku, wręcz przeciwnie, była radość z wdzięcznego ucznia. — Jestem uosobieniem tego co odkryłeś, nie potrzebujesz już mnie na zewnątrz.
Poczułem że to prawda: wszystkie wizje w których pozostawała były tylko moją manipulacją, jak i wszystkie próby uzyskania odpowiedzi na pytanie czy jeszcze się spotkamy.
W tym momencie już jej nie było. Tak poprostu, bez pożegnania, rozbłysku światła czy chociaż rozpływania się w powietrzu — gdy tylko odwróciłem mentalny wzrok, już jej nie było.
Potrzebowałem kilku minut aby dotarł do mnie jej pożegnalny prezent... Owo "poczucie Boskiej obfitości" zaczęło się zmieniać, zaczęło rozkwitać i nagle...
byłem TERAZ
byłem jak WTEDY
Wróciło. To odczucie, ta otwartość z początków bloga, ale tym razem na nowo, pełniej, dojrzalej! Nie mogłem powstrzymać szerokiego uśmiechu z najgłębszego wnętrza. Wróciło dziecko! Wróciło odkrywanie, jedność, podróż, pełnia, życie! Wróciło poczucie obecności Jest!
I wszystko zaczęło stapiać się razem...
...spełnienie gdy patrzyłem z okna na poddaszu na pierwszych zajęciach regresingu, i wiedziałem że chcę
tak żyć...
...tajemnica, którą powiedział mi szum drzew, gdy, szczęśliwy po udanym przedstawieniu, szedłem na pola z żyletką w kieszeni aby sprawdzić czy będę żył...
...radość w złocistych śladach ptaków na niebie spełnienia parę kilometrów poza Londynem...
...wolność tuż przed wydmami, gdy z S szliśmy obejrzeć zachód słońca nad morzem...
...w jedną całość, jeden jaśniejący punkt w klatce piersiowej. W doskonały przepis na ciąg dalszy, w życie w pigułce, w nasiono które nigdy nie rozkwitnie bo zawsze będzie pełne nowych możliwości.
Zdjąłem sweter, chcąc poczuć życie i świat jak najbliżej mnie, choćby w postaci bryzy na ramionach w mglisty dzień.
I las dookoła, i łąka pod stopami, i wiatr wokoło stały mi się bliskie, dokładnie w
ten sposób.
I tak otrzymałem to po co tu przyjechałem :)
A teraz boję się wyjść i tego doświadczyć, ale bezsens :/
Ledwie dwa dni po moim otwarciu otrzymałem prezent, ale wstrzymałem się z opisaniem aż się nie zrealizuje. Zatem oto on:
Wszystko wyglądało jakoś inaczej.
Na przykład TARDIS: nie był niebieski, tylko srebrny. W dodatku zatracił gdzieś swoje kanciaste kształty i upodobnił się do Audi A4. Dało się to wytłumaczyć: pewnie Doktor wreszcie naprawił chameleon circuit i TARDIS wtopił się w otoczenie.
Sam Doktor był też dziwny: czterdziestoletni na oko Hindus, podobnie jak asystentka. Cóż, najwyraźniej BBC wzięło sobie do serca uwagi fanów na temat koloru jego skóry.
Za to jedna rzecz się nie zmieniła: wejście do TARDISa oznacza przygodę!
Początek przygody był mało ciekawy: z jakichś przyczyn poruszaliśmy się linearnie w przestrzeni i w czasie, więc trzeba było dostać się do polskiej granicy. Pomagałem Doktorowi czytając mapę (która wyglądała jak zwyczajny atlas samochodowy, nie ma to jak psychic paper!). Drugą częścią przygody byłoby objechanie Berlina po całkowicie wipeoutowej trasie (włącznie z mostami, tunalami, przyśpieszeniami, futurystycznymi bandami i gigantycznymi kominami), gdyby Doktor nie udawał że bardzo potrzebował mojej pomocy.
Ach, i w międzyczasie zatrzymaliśmy się przy wiatrakach :)
Po tym droga była już prosta, skrócona nieco Ladytronem. Tomorrow: pomyśleć że słuchałem tego kawałka kiedy opuszczałem Wrocław z duszą na ramieniu, mając nadzieję że wrócę do niego najpóźniej za dwa miesiące. Teraz opuszczałem Polskę, będęc jedynie pewny jedynie że dotrę za kilka godzin.
Jako że TARDIS nie miał możliwości teleportacji, po niedługiej jeździe (i przydługim oczekiwaniu) wysiadłem z niego wśród stali i hałasu (pod każdym względem pozytywnie industrialnych). Niestety nie była to Galactica a jedynie Prinz Joachim, zwykły i drobny prom o wyporności 16 000 ton ;)
Od momentu kiedy podłoga zaczęła drżeć usiedziałem w miejscu może 10 minut, na przemian zamarzając na zewnątrz i zwiedzając wszystkie zakamarki wewnątrz. Wziąłem kilka ulotek (wtedy jeszcze język zdawał mi się tak obcy!), zwiedziłem pokładowy sklep wolnocłowy (był na wyobrażone pieniądze, których zresztą nie miałem), toaletę (a co!), burtę, rufę, drugą burtę, drugi pokład, trzeci pokład, drugi pokład, burtę, rufę, drugą burtę i gdy sopel z nosa zaczął kłuć mnie w brzuch wróciłem do Doktora i towarzyszki, którzy już powoli zbierali się do zejścia na pokład A2.
Gdzie drzwi rozsunęły się do połowy, rozległ się huk, drzwi otwarły się całkiem i ruszyliśmy na nowe, nieznane wybrzerze, kierując się na pierwszym rondzie w stronę wskazywaną przez znak:
København
|
|
| Loire's Journey: A Beautiful World |
|
|
|
Mój pierwszy kontakt z R polegał głównie na wizjach jego śmierci. Pozbawiony snu mózg cały czas podsuwał odczucie jakie dałoby zaciśnięcie rąk na jego krtani. Krtani, która była nie tylko głośna, ale i zdumiewająco kreatywna.
Była druga w nocy, prawdopodobnie czterdziesta szósta pobudka: oprócz chrapania miałem jeszcze dwie ważne ulice za oknem z szybami chyba specjalnie zaprojektowanymi w celu maksymalne przepuszczalności dźwięku.
W którymś momencie albo on się uciszył albo ja się poddałem, w każdym razie byłem chyba w stanie przespać do piątej, kiedy to obudziły mnie dźwięki jego wstawania.
To po mnie, pomyślałem. Czas na poranny kirtan, następne pół godziny spędzę przy gitarze. Myliłem się: R. nie potrafi grać na gitarze i nawet nie próbował.
Nigdy nawet nie podejrzewałem, że można fałszować na tamburynie.
Nieokreślony czas później spotkaliśmy się w drzwiach: ciemnawa karnacja, włosy w drobne sprężynki, broda, raczej szczupłej budowy. Przedstawiłem się.
— Cześć, jestem R! Jakże miło jest Cię poznać!
Coś w jego intonacji powodowało że wszystko co mówił brzmiało jak wata cukrowa ze słodką polewą, nadziewana miodem z dodatkiem bitej śmietany. Podana na patyku w kształcie kwiatka o przynajmniej ośmiu kolorach.
Nie, to niemożliwe, musiałem się przesłyszeć. Spytałem skąd jest.
— Ja? Cóż, jestem z Kalifornii, a Ty?
Słowa pozostawiły w powietrzu wielokolorowe gwiazdki, które ułożyły się w kształt motyli i odleciały. Różowy jednorożec z ciekawością zajrzał przez okno, po czym pogalopował po łuku tęczy.
A jeszcze kilkanaście minut temu zastanawiałem się czy nie jestem jednym z najmniej stereotypowo męskich mężczyzn w Organizacji!
Potem nastąpiło ważne: spacer. Pierwszy spacer TUTAJ, samemu. Poranne, chłodne powietrze. Niewielu ludzi. Wszystkie zmysły otwarte, przygotowane i chłonące. Połykanie śmiechu — pomyśleć że o mały włos siedziałbym teraz w Miasteczku! Budynki, sklepy, znak sikhijski na szyldzie, sklep z rowerami jeden i drugi, wejście w podwórko, kościół i mapet z plakatu pytający czy chcę posłuchać o Jezusie, plakaty, jakiś street art, inne skrzyżowania, szerokie drogi rowerowe, nowe, nowe, nowe nowenowenowe.
Umysł pełny wrażeń, trawiący i asymilujący je, powrót do Organizacji.
Gdy poszliśmy z R do muzeum narodowego miałem okazję poobserwować go w akcji. Porównanie do Dwukwiata może być na miejscu, R to taki Dwukwiat — po prostu pozbawiony cynizmu i doświadczenia życiowego. Jeśli mówi tęczami, to myśli czymś nie do wyobrażenia bez końskiej dawki mało legalnych środków. Fascynujące było obserwowanie reakcji ludzi na niego, i tego jak starają się rozszyfrować dokładnie to co ja jeszcze godzinę temu, po czym poprostu poddają się i płyną z prądem tej przedziwnej istoty.
Temat R dobrze podsumuje jego reakcja na wystawę mieczy:
— Jejku, to są miecze! Myślisz że były używane do ataku... czy raczej do obrony?
...i to niedowierzanie w głosie, że ktoś mógłby naprawdę wykorzystać broń do celów ofensywnych :)
Jako że jest nieco po czasie, sama Kopenhaga będzie musiała nieco poczekać.
— Będziesz miał okazję poznać DR. Wiesz co w sanskrycie oznacza R?
Pokręciłem głową.
— Twardy.
— Twardy? — Zaśmiałem się. — Twardszy niż D czy ty?
— Nie, twardy w tym sensie że wytrwały. Dużo będziesz mógł się przy nim nauczyć.
Ta jasne. Byłem tu ledwie niecałe dwa dni — z czego jeden niezaspany — i już chcą mnie wywieźć gdzieś do dupy na farmę. Cóż, niech będzie, przecież to tylko kilka dni. Mam nadzieję że mają przynajmniej krowy...
Kilka godzin później jechałem samochodem z A, rozkrzyczanym Brazylijczykiem, P, norweskoszwedzkim Norwegoszwedem i samym DR — chudym, niemieckim Leszkiem Ż :D
— And nov ve do collection! — DR posługiwał się wprawnie angielskim, ale nietrudno było domyślić się skąd pochodzi.
I tak oto pierwsze czego nauczyłem się przy DR to... grzebanie w śmieciach w poszukiwaniu jedzenia ;)
Kilka słów wyjaśnienia: w Danii przepisy są o wiele bardziej rygorystyczne niż u nas. Banan ma ciemną plamkę? Nie idzie na wyprzedaż, a do kubła. Dumpster diving okazuje się naprawdę dobrym źródłem produktów żywnościowych, zwłaszcza że jak się miałem wkrótce dowiedzieć, stanowi ono 95% produktów spożywanych tam ;)
Najsławniejsze odkrycie DR: Nutella 700 gram, sztuk 45. Bo zostało tylko 3 miesiące do końca terminu ważności...
(Swoją drogą nauczyłem się też że to nie są terminy a raczej sugestie ;)
Na "farmę" wróciliśmy z, m.in., ok. 20 kg pomarańczy, 15 kg bananów i 7 litrami mleka kakaowego.
Jak się okazało, "farma" w pełni zasłużyła na swój cudzysłów. Parę hektarów pszenicy i tyle. Nie powiem żebym żałował :)
DR jest typem szalonej złotej rączki. Były technik dentystyczny, aktualny samouk czego tylko się da. Innouk również: już pierwszego dnia nauczył mnie jak rozkręcać rury ("Jako że nie jestem zbyt silny fizycznie, muszę użyć mózgu", powiedział nakładając metrową rurkę na rączkę francuza i z łatwością odkręcając kolanko dzięki zasadzie dźwigni), drugiego dnia jak lutować (no dobra, to zrobiłem sam, ale za inspiracją ;). Trzeciego dnia znalazł na mnie haka ("Lekkie czasy się dla ciebie skończyły! Teraz przeżyj spokojnie swój atak serca a potem pokażę ci co mam.") w postaci stacji lutowniczej (koniec, teraz muszę się uczyć ;). Czwartego dnia nauczyłem się obsługi piły tarczowej (haaa!).
Godna uwagi jest tu krótka lekcja kreatywności, której piła ta mi udzieliła. Treścią lekcji było "GDZIE INDZIEJ". Po wykładzie poszedłem się napić, lekko drżący, z szeroko otwartymi oczyma i bardzo wyraźnym pulsowaniem 2mm pod prawą rzęsą, w miejscu kontaktu z naddźwiękową drzazgą.
Wczoraj nauczyłem się korzystać z maszyny do rozszczepiania drewna. (DR ma MASZYNĘ DO ROSZCZEPIANIA DREWNA, wyobrażacie to sobie?! Ja mało, bo w poprzedniej farmie D uznawał rąbanie drewna za dobre ćwiczenie, a P prędzej by dostał przepukliny niż pozwolił żeby jakiś kawałek drewna był silniejszy od niego :P)
Początek niekoniecznie był zachęcający:
— Och, chyba powinienem był ci powiedzieć że czasem ma tendencję żeby tak robić... — Tęczowe kolibry zerwały się do lotu z ociekających złocistym nektarem kryształowych kwiatów. Tak, przyjechał kilka dni po mnie.
Och, tak, to byłoby bardzo cenne, pomyślałem między mentalnym wyklinaniem, zwłaszcza gdyby była możliwość, na przykład, abyś powiedział to zanim wystrzeliłeś trzykilowy klocek drewna w moją stopę? Znaczy, to tylko sugestia, ale rób jak mówi ci serce!
Podsumowując: życie na technicznej "farmie" jest ciekawe, zdarzają mi się nawet dni bez obrażeń ;)
W następnej notce: mniej techniki a więcej życia, czyli dlaczego mój zachwyt wcale nie przemija :)